„Nie wiem, jak to jest być mamą zdrowych dzieci”. Poznaj matkę siedmiu córek, w tym sześciu… z niepełnosprawnościami

„Nie wiem do końca, jak to jest być mamą zdrowych dzieci. Ale myślę, że to bardzo podobne macierzyństwo, tylko u mnie skala jest większa: lęku i pracy, ale też miłości i szczęścia” – mówi Beata Potocka, mama zastępcza i adopcyjna 7 córek, w tym 6 z niepełnosprawnościami.

Beata Dązbłaż: Czy bycie samodzielną matką zastępczą lub adopcyjną dla dzieci z niepełnosprawnościami wymaga w Polsce odwagi?

Beata Potocka: Myślę, że bycie samodzielną mamą wymaga odwagi, a nawet bycie po prostu mamą jej wymaga.

Czy niepełnosprawność ma tutaj znaczenie?

Tak, z pewnością. Wychowywanie dzieci z niepełnosprawnościami to jednak większe wyzwanie niż wychowywanie dzieci zdrowych. Zwłaszcza jeśli dziecko z niepełnosprawnością jest zależne, bo odcienie tej niepełnosprawności są bardzo różne. Mogę tu mówić tylko o swoim doświadczeniu – na pewno bardzo ważne było dla mnie, by zbudować sobie sieć wsparcia. Jeśli nie ma drugiej osoby, na którą można liczyć, trzeba po prostu skorzystać z pomocy innych.

Czego obawiała się pani najbardziej?

Myślę, że sytuacji krytycznych. Kiedy nasze drogi z mężem się rozeszły, nie byłam już taką „świeżą” mamą. Znałam moje córki, byłyśmy w innym miejscu także pod względem zdrowotnym. Jedna z moich córek jako 2-3-latka często bywała w szpitalach. Potem nie było już takiej konieczności. Decyzję o adopcji ostatniej córki podjęłam już sama.

Czy samodzielne rodzicielstwo zastępcze lub adopcyjne dzieci z niepełnosprawnościami wymaga dodatkowych predyspozycji?

Trudno mi powiedzieć, bo nie wiem tak do końca, jak to jest być mamą zdrowych dzieci. Nie miałam porównania ani też oczekiwań. Myślę jednak, że właściwie to jest bardzo podobne macierzyństwo, tylko skala jest większa: skala lęku, pracy, wizyt u lekarzy, ale też miłości, szczęścia i radości. Jesteśmy świeżo po uroczystości Pierwszej Komunii trzech córek i bardzo blisko jest mi do tej skali po stronie pozytywów – intensywności przeżywania.

zdjecie 2

Żmudna droga do naturalności

Jakie są pani córki?

Cudowne! Trzy z nich, o których pozwalam sobie mówić w najbardziej swobodny sposób, bo myślę, że w żaden sposób nie zakłóci to ich społecznego funkcjonowania – są osobami zależnymi. Dwie dziewczynki mają zespół Downa, a jedna zespół FAS. Wciąż o nich mówię – i tak funkcjonują w naszej rodzinie – jako „dziewczynki”. Mają one jednak już 11 i 12 lat, i powoli wchodzą w okres dojrzewania.

Będzie trudniej?

Tak, bo kiedy mamy w wózku dwuletnie dziecko z zespołem Downa czy zespołem FAS, czy inną niepełnosprawnością, to jest to po prostu dziecko w wózku. Natomiast kiedy 12-letnia dziewczynka jedzie wózkiem, a zdarza się nam z niego korzystać, bo córka co prawda chodzi, ale nie jest w stanie przejść bardzo dużych odległości, budzi już większe zainteresowanie.

W tradycyjnym wydaniu w wieku 12 lat zaczynają się już samodzielne wyjścia z domu, ważna jest grupa rówieśnicza. Moja córka nie jest w stanie wyjść z domu samodzielnie. Nie chcę jednak, by żyła w symbiotycznym związku ze mną. Chcę, by doświadczała świata również poza mną. To będzie możliwe, gdy będzie miała asystenta i teraz takiego właśnie dla niej szukamy.

Zmierzam do tego, że żeby żyć w sposób, który dla wielu ludzi jest naturalny, my musimy wykonać więcej działań. I tak, być może nie zawsze będzie to możliwe, jak wtedy, gdy dziecko nie ma niepełnosprawności.

W jakim wieku są pozostałe córki?

Najstarsza ma 22 lata, potem 20, 15, 14, 12 i dwie mają po 11 lat. Dwa tygodnie temu najstarsza z córek wyprowadziła się z domu.

Czyli przed panią nowe doświadczenie syndromu pustego gniazda?

Pewnie trochę tak, choć nie w tym dosłownym znaczeniu. Mój dom nie opustoszał, ale jednak zostało to puste miejsce zajmowane dotychczas przez najstarszą córkę. Jesteśmy w bliskiej relacji, mieszka także blisko, ale już nie ze mną. Muszę zmierzyć się z dorosłością mojej córki – nie ukrywam, że jest to wyzwanie i przeżycie.

zdjęcie 3

Stanąć przed sobą w uczciwości

Co na podstawie pani doświadczenia jest najważniejsze w rodzicielstwie zastępczym?

Być może zabrzmi to banalnie, ale dzięki moim córkom – myślę, że ma też znaczenie ich niepełnosprawność – spotkałam bardzo wielu dobrych i przyzwoitych ludzi. Będąc mamą zastępczą, doświadczyłam od ludzi dobra i dobrych relacji z nimi, i bardzo to cenię.

Moje dzieci nauczyły mnie też pokory i to także jest dla mnie mocnym doświadczeniem. Nie wszystko jest tak, jak chcemy, jak planujemy. Zawsze gdy mówimy o tak ważnych rzeczach łatwo o frazesy, ale tak – zdecydowanie moje dzieci nauczyły mnie pokory wobec życia.

I jeszcze jednej bardzo ważnej rzeczy – jak łatwo rozstrzygnąć, co jest ważne, a co nie. Moje córki bardzo szybko to weryfikują. Nie ma więc czasu na nieważne rzeczy i nieważne relacje.

Na jakie pytania warto sobie odpowiedzieć, chcąc zostać rodziną zastępczą lub adopcyjną dzieci z niepełnosprawnościami?

Myślę, że trzeba bardzo dobrze rozpoznać, dlaczego chce się to zrobić. Po drugie – mieć gotowość do dużej zmiany w życiu, ale też do pozostawienia dotychczasowego życia i rozpoczęcia podróży i przygody. W moim wypadku to jest największa i najważniejsza podróż mojego życia.

Na pewno warto unikać podejmowania decyzji pod wpływem chwili, emocji. Oczywiście, emocje są potrzebne, ale chodzi mi o to, że trzeba rozpoznać swoją chęć na głębszym poziomie, niż tylko tej pierwszej emocji. Na pewno dobrze jest stanąć w uczciwości przed sobą samym i zastanowić się, co mogę dać dziecku, dlaczego chcę mu to dać i też – co dostanę. Na pewno każdy ma tu swoje pytania, ale dobre rozpoznanie i wysoki poziom świadomości są bardzo istotne.

Jest jakaś odpowiedź na pytanie: „Dlaczego chcę to zrobić?”, która wskazywałaby, że lepiej tego nie robić?

Tego nie wiem… bo pewnie też różne mogą być te odpowiedzi. Czasami może być to bardzo zwyczajna odpowiedź, nie trzeba nadawać temu jakichś wielkich słów… Tak było w przypadku mojej ostatniej córki, Joanny, która dołączyła do nas w pandemii. Ona po prostu potrzebowała domu, a ja ten dom miałam – i tyle. Czasami to może być taka zwyczajna, naturalna decyzja.

Znam wiele rodzin, które przyjęły dzieci z niepełnosprawnością. Szczęście na ich twarzach, kiedy mówią o swoich dzieciach, jest czymś niezwykłym… Widać w ich oczach pewność, że to co robią jest właściwe. Towarzyszy temu wielka miłość – i to jest ta wskazówka, o której warto mówić.

Wszystko „dla sprawy”

Jak blisko jest pani realizacji marzenia o stworzeniu centrum wspierania rodzin, które przyjęły dzieci z niepełnosprawnościami?

Niestety, nie tak blisko, jak bym chciała, chociaż pomysł ewoluuje. Miałam bardzo skonkretyzowaną wizję tego miejsca, ale przyszła pandemia, a potem wojna.

Chociaż z drugiej strony to się dzieje. Jeden z projektów, który współrealizuję w Gdyni, „Rodzice Rodzicom”, niesie pomoc dzieciom z niepełnosprawnościami. Wspieram także rodziny zastępcze poprzez fundację, którą prowadzę.

Od ubiegłego roku mam też przyjemność być z zarządzie i przewodniczyć Koalicji na rzecz Rodzinnej Opieki Zastępczej, choć oczywiście nie dotyczy to wyłącznie dzieci z niepełnosprawnościami. Właściwie można powiedzieć, że wszystko, co robię, służy tej sprawie.

Jest pani spójna.

Można chyba nawet powiedzieć, że dość nudna, bo ja cały czas tylko o tym…

***

Beata Potocka – promotorka i praktyczka rodzicielstwa zastępczego i adopcyjnego w Polsce, szczególnie dla dzieci z niepełnosprawnościami, pedagog, Gdynianka. Przewodnicząca Koalicji na rzecz Rodzinnej Opieki Zastępczej. Prezes Pomorskiej Fundacji na Rzecz Rodzinnej Pieczy Zastępczej – Ania. Autorka książki Ratujmy Świat oraz współautorka książki Opowieści . Nagrodzona medalem Eugeniusza Kwiatkowskiego Za wybitne zasługi dla Gdyni i medalem Gdynia bez barier.

[Za: Aleteia.org.pl, Facebook-Uśmiechnij się – jesteś w domu]

 

 
Czy chcesz otrzymywać informację internetową na temat obrony życia w kraju i na świecie na swojego osobistego e-maila?
Zapisz się!

Twój adres e-mailowy jest u nas bezpieczny, nikomu go nie udostępniamy, ani go nie publikujemy.